Wysokie ceny w ośrodkach wypoczynkowych. Jak do tego doszło i czy to na pewno dobry pomysł?

wysokie-ceny-w-osrodkach-wypoczynkowych.jpg

Epidemia koronawirusa odbiła się niezwykle dotkliwe na naszej gospodarce. Szczególnie małe i średnie przedsiębiorstwa z branż rozrywkowych i turystycznym poczuły to mocno na swojej kieszeni. Po trzech miesiącach zamrożenia oczywiste było podniesienie cen. Polacy, mimo wyraźnych próśb o zrezygnowanie z tłumnych wakacji, popędzili na plaże. A tam czekało na nas niemałe zdziwienie: ceny nawet o 100% wyższe niż w zeszłym roku.

Podwyżka cen lekiem na zamrożenie

Branża turystyczna nie tylko dostała mocno w kość przez wirusa, ale niestety też przez decyzje rządu podejmowane z dnia na dzień. Większość z firm nie była przygotowana na drastyczne i szybkie zamknięcie całych działalności w sezonie, w którym zaczynały one przynosić zyski. Logiczne więc było, że gdy tylko skorzystamy z poluzowania restrykcji, zostaniemy wykorzystani do finansowego odkucia się. Oczywiście, nie ma w tym niczego złego. Problem pojawia się dopiero w momencie, w którym zamiast rozsądnie podnosić ceny, zaczynamy wykorzystywać klienta do granic możliwości. Nad morzem, zwłaszcza w kurortach nigdy nie było tanio, ale w tym roku przedsiębiorcy poszaleli niezwykle. Nawet 350 zł trzeba zapłacić za obiad dla dwóch osób i to nie w eleganckiej restauracji, ale w przybrzeżnej smażalni.

Monopolista na wczasy Polaków

Z powodu koronawirusa mamy bardzo ograniczone możliwości co do miejsca spędzenia urlopu. Tak naprawdę dla fanów słońca, piasku i fal mamy tylko polski Bałtyk. A taka sytuacja czyni polskich nadmorskich przedsiębiorców monopolistami. Monopol nigdy nie jest dobry, szczególnie w momencie małego załamania gospodarki. Pieniądze na wczasach trzeba wydać, bo nikt nie planuje sam sobie gotować czy mieszkać w samochodzie. Taki monopol może działać teraz, ale w przyszłym roku to nasi rodzimi właściciele odczują wagę swoich błędów. Wysokie ceny zniechęcą potencjalnych przyszłych wczasowiczów, a już zwłaszcza tych, którzy przywykli do wakacji za granicą. Bo oto jaki obraz roztacza się przed nimi: za dwa tygodnie nad polskim morzem mogłem w tym roku spędzić 2 tygodnie we Francji. Wysokie ceny zwłaszcza w typowo sezonowych miastach, które żyją tylko w okresie kwiecień-wrzesień, może to zaszkodzić. Do Polski nie przyjeżdżają bogaci obcokrajowcy, mogą dostać wszędzie to, co u nas i to w większości w bardziej luksusowym opakowaniu. Polacy mogą za rok zrezygnować z droższych miejscowości, co odbije się znacznie na zarobkach i będzie skutkowało podbiciem cen w następnym sezonie. I tak koronawirus zafundował nam błędne koło.

Ale czy nie można inaczej?

Oczywiście, na wakacje można po prostu nie jechać. Zostać w domu i wyjątkowo plażing uprawiać na balkonie. Z tym że to właśnie ta druga strona monety. Nie jesteśmy w stanie zrezygnować z niektórych przyjemności, a wyjazd jest jedną z nich. To nie tylko tłumaczy tłumy nad morzem zaraz po zniesieniu obostrzeń, ale również świeże fale napływających turystów, którzy ponarzekają co prawda na wysokie ceny, ale zapłacą i będą się dobrze bawić wieczorem w klubach. I niestety, nadmorscy przedsiębiorcy o tym wiedzą. Mało prawdopodobne jest, żeby ceny wróciły jeszcze kiedyś do tych sprzed pandemii, a to znaczy, że musimy się nauczyć żyć z nowym wymiarem kosztów. Być może za rok wszyscy będziemy musieli zrezygnować z wczasów.

Dodaj komentarz

scroll to top